okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

strona główna >> 12/2015 >> Kangur ucieka, bawół atakuje

nowości

Więcej światła

CatEye – japońska marka produkująca elektroniczne akcesoria rowerowe (głównie liczniki i lampki) odświeżyła swoją kolekcję... »

Toster turystyczny

Zabieranie ze sobą na wyprawę tostera może się wydawać sporą przesadą, jednak warto się dłużej zastanowić nad tym pomysłem. Gdy... »

Miejskie Shimano

Rowery typu Urban nie są często spotykane na polskich ulicach, ale zawsze przykuwają uwagę w katalogach: niegrzeczne, interesujące,... »

Pirelli dla cyklistów

Włoska marka opon samochodowych po latach przerwy powraca do rowerowego peletonu. Na początku ubiegłego wieku opony Pirelli jeździły w rowerach... »

Nowa kolekcja

Endura pokazała ubrania na sezon 2018, wśród których od razu wpadła mi w oko bluza Hummvee Hoodie 2018 – cywilny wygląd,... »

Gruby bagażnik

Szukasz bagażnika dostosowanego do naprawdę szerokich opon? Fatrack od Krossa został zaprojektowany do zadań specjalnych, gdy zwykłe gumy to... »

poradniki

Między biegami

W 2017 roku amerykańska marka SRAM ogłosiła wszem i wobec śmierć przedniej przerzutki. Hasło przyjęto z dużą ekscytacją, zwłaszcza w... »

Korespondencja >> Australia – z Terytorium Północnego do Australii Zachodniej


Kangur ucieka, bawół atakuje

Michał Sitarz
Przez piaski i busz
Australia. Kolejny odległy ląd, kolejna podróż w nieznane. Wprost nie mogę się doczekać tego jedynego w swoim rodzaju uczucia, od którego, przyznaję, jestem uzależniony. 
 
Uczucie to, a ściślej rzecz ujmując – ten stan umysłu, jest bezpośrednią reakcją na pojawienie się w nowej rzeczywistości. To pierwotne, dziecięce uczucie zdziwienia w zetknięciu z nowym, nieznanym, zaskakującym. Uczucie to towarzyszy próbie odnalezienia się w nieznanych realiach, pojawia się w zetknięciu z nowymi obrazami, dźwiękami, zapachami. Doczekaliśmy czasów, że Australia stała się dla nas względnie łatwo dostępna. Tym samym awansowaliśmy do grona tych lepszych. My, Polacy, dołączyliśmy do narodów tego świata, dla których uzyskanie elektronicznej wizy eVisitor to banalne kilka kliknięć w internecie. Z jednej strony daje to poczucie satysfakcji z awansu w globalnej hierarchii po dziesiątkach lat bycia tymi gorszymi, dla których spora część świata pozostawała niedostępna. Z drugiej jednak strony pojawia się smutek na myśl o tych, którzy nigdy wizy nie dostaną i takiej Australii, ba, nawet takiej Polski, nie ujrzą, przyszli bowiem na świat w mało korzystnej lokalizacji czasoprzestrzennej. 
Nagromadzenie wielu spraw w codzienności sprawia, że niespecjalnie przygotowujemy się teoretycznie do tej podróży. Taka sytuacja ma jednak sporo plusów. Czyż bowiem przyswojenie wielu faktów o najmniejszym kontynencie nie przekreśliłoby szans na przeniesienie się na nieznany ląd? Czy nie odebrałoby tego, co jest najważniejsze w odkrywaniu: zaskoczenia? A tak znamy miejsce przylotu (Darwin) i odlotu (Perth). To wszystko. Oczywiście dużą wagę przywiązujemy do sprzętu, serwisu rowerów, przygotowania na wypadek doznania różnych obrażeń. Bez specjalnego założenia oglądamy za to przez kilka tygodni australijskie obrazy filmowe, takie jak „Walkabout”, „Duch Jindabyne”, „Piknik pod Wiszącą Skałą”.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Michał Sitarz