okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

pierwszy rower
pierwszy rower
strona główna >> 8/2012 >> 8/2012 >> Setka dziennie to chyba nieźle?

nowości

Elektryzujące urządzenie

Adapter Busch + Muller E-Werk służy do zasilania urządzeń elektronicznych (np. GPS, smartphone) energią dostarczaną z piasty z prądnicą. Gdy... »

Ciuszki pod spód

Accent pokazał dwie damskie „potówki”: koszulki Elene Lady w wersji z krótkim lub długim rękawem zostały wykonane z... »

Restrap: Torba podsiodłowa Restrap (14 litrów)

Pochodząca z Wielkiej Brytanii (a dokładnie z Yorkshire, czym dumnie się chwali) rodzinna firma, w swych przeznaczonych do bikepackingu torbach... »

Basama: Basama Sakpak uprząż + drybag (19 litrów)

Drugi w tym numerze zestaw do bikepackingu pochodzi z Czech i składa się z dwóch osobno sprzedawanych produktów: mocowanej do... »

poradniki

Szosą w teren

Rowery typu gravel właśnie przeżywają swoje pięć minut. Będąc swoistą wariacją na temat roweru szosowego i przełajowego, mają być... »

Styl życia >> Janusz Strzelecki-River


Setka dziennie to chyba nieźle?

Z Januszem Strzeleckim-Riverem rozmawia Jakub Terakowski
Janusz Strzelecki-River w otoczeniu oddziału Specnaz, Kaukaz, sierpień 2009

Dlaczego wybrał Pan przydomek River?
– To nie przydomek, lecz nazwisko.

Ale przybrane.

– I co w tym złego? Madonna też nie nazywa się Madonna. Drugie nazwisko przybrałem, bo we Włoszech, gdzie mieszkałem przez wiele lat, nikt nie był w stanie wymówić pierwszego.

A czemu River, skoro Rover bardziej odpowiadałoby Pana upodobaniom?

– Ależ ja przez pół wieku nie jeździłem na rowerze! Odstawiłem go do kąta jako dziesięciolatek i przypomniałem sobie o nim dopiero na emeryturze.

Co Pana zmobilizowało?

– Przez całe życie pracowałem jako międzynarodowy impresario sportowy i muzyczny, organizowałem mecze, czasem koncerty, głównie we Włoszech oraz w Stanach Zjednoczonych. Pieniądze w świecie piłki nożnej i show-biznesu są duże, więc udało mi się uzbierać ich sporo. Po przejściu na emeryturę zacząłem się zastanawiać, co z nimi zrobić. Nie mam ani rodziny, ani nikogo bliskiego, komu mógłbym zostawić ten majątek, a do grobu go nie wezmę. Olśnienie przyszło 30 grudnia 1999 roku. Pamiętam dokładnie ten dzień: siedziałem na tarasie mojego domu z widokiem na Adriatyk, jadłem spaghetti, patrzyłem na zachód słońca i przeglądałem gazetę. Zauważyłem w niej notkę o samotnym rowerzyście przemierzającym świat i pomyślałem, że mógłbym dokonać czegoś, co dotychczas nie udało się nikomu.

A mianowicie?

– Objechać na rowerze kulę ziemską dookoła w wieku 65 lat. Od razu postanowiłem, że budżet wyprawy ograniczę do najwyżej pięciu dolarów dziennie, wezmę tylko śpiwór, rezygnując z namiotu, a liczyć będę wyłącznie na pomoc miejscowej ludności oraz lokalnych mediów. To były pierwsze trzy podstawowe zasady. Nazajutrz odwołałem swój udział w balu sylwestrowym i poszedłem do znajomego prowadzącego sklep z rowerami. Poprosiłem o najtańszy, najwyżej za 100 dolarów. Nie przyznałem się, że to dla mnie, bo pomyślałby, iż starszemu panu zaczyna dokuczać demencja, znał mnie przecież jako człowieka, który ściągnął Zbigniewa Bońka do Juventusu Turyn. Powiedziałem tylko, że rower chciałbym podarować bezdomnemu, którym się opiekuję. Sprzedał mi wehikuł za 50 dolarów.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Archiwum Janusza Strzeleckegoi-Rivera